Zakaz reklamy

Agresywna konkurencja i budowanie atmosfery biznesu wokół zdrowia z pominięciem kwestii etycznych spowodowały zmiany także w postrzeganiu rynku aptek. Dla wielu to tylko kolejny rynek, na którym można zarobić i należy w imię tego zarobku intensyfikować działania i stymulować konsumpcję.
Aptekarz i jego społeczna misja są spychane na dalszy plan przez wskaźniki wyników sprzedaży, promocje i handlowe triki mające zwiększyć spożycie leków. 
Nawet przedstawiciele mediów przestają zauważać, że lek to nie jest towar, którego należy sprzedać jak najwięcej, że pacjent to nie konsument, który powinien dla dobra gospodarki więcej konsumować, że tu chodzi o zdrowie. 

 

Polski lekoman może więcej 

Dlatego nikogo już nie dziwią ani nie oburzają przekazy reklamowe zachwalające specyfiki na kolejne kreowane w imię wyższego zysku choroby. Odpowiedzialność ginie zasłonięta stosami banknotów. Wskaźnik spożycia leków OTC, czyli dostępnych bez recepty, w naszym kraju jest wyższy niż średnia europejska. Jak podaje IMS Health, statystyczny Polak przyjmuje nawet 798 dawek takich preparatów, podczas gdy przeciętna wytyczona przez Unię Europejską wynosi aż o 90 mniej. W polskich aptekach w 2015 roku obrót uzyskany ze sprzedaży leków OTC i suplementów wyniósł ponad 9,6 mld złotych – o ok. 600 mln złotych więcej niż rok wcześniej. Wprost proporcjonalnie do wzrostu wydatków na leki wzrastają także koszty, jakie firmy farmaceutyczne ponoszą na działalność reklamową. 

Mechanizmy rynkowe i świadomość pacjentów nie są tu wystarczającą bronią. Bez wsparcia ze strony państwa pacjenci padają ofiarą manipulacji i socjotechniki. W większości krajów europejskich państwo wspiera mechanizmy chroniące pacjenta przed inwazją leków i pseudoleków. Firmy farmaceutyczne w swoich spotach reklamowych posługują się fikcyjnymi nazwami chorób, a także przypisują przypadkowe zestawy symptomów schorzeniom, które objawiają się w sposób odmienny. Do stałych praktyk marketingowych należy też wykorzystywanie pojęć specjalistycznych niemających odniesienia do medycyny lub farmacji (np. bioretencja). Wykpiwana i karykaturalnie zniekształcana jest klauzula dotycząca niewłaściwego stosowania leków i groźby zagrożenia życia lub zdrowia. 

Właściciele aptek w pogoni za poprawą rentowności swoich przedsiębiorstw posiłkują się najróżniejszymi technikami sprzedażowymi. Ich celem jest zwiększanie obrotów aptek poprzez zwiększanie jednorazowych kwot, jakie pacjenci w nich zostawiają – a więc zwiększanie koszyka zakupowego. Rezultatem tego są najróżniejsze promocje czy merchandising. Farmaceuci są zmuszani do mówienia językiem korzyści i stosowania sprzedaży przykasowej lub sprzedaży komplementarnej. Wszystko to niestety prowadzi do nadkonsumpcji leków i suplementów diety – jak informują lekarze – grożącej poważnymi komplikacjami zdrowotnymi. 

Obowiązujące prawo nie chroni niezależności farmaceutów, przez co nie mogą się oni sprzeciwić narzucanym im strategiom pracy w aptekach. 

  • Farmaceuta, który chce działać w interesie pacjenta - ale wbrew interesowi swojego pracodawcy - ryzykuje utratę pracy. 
  • Przedstawiciele aptek sieciowych wręcz obnoszą się z informacjami o większej rentowności, koszykach zakupowych i zyskach swoich placówek. Specjaliści od marketingu wymuszają tam na farmaceutach realizowanie określonych planów sprzedażowych pod rygorem utraty premii lub pracy.

Warto zadać sobie pytanie, czy apteki sieciowe miałyby tak dobre wyniki finansowe, gdyby pracujący w nich farmaceuci mogli sprzeciwić się stosowanym w nich technikom sprzedażowym, gdyby mogli swobodnie realizować misję zawodu zaufania publicznego?